Listy z pokutnej trasy

Brat Bogumił Marian Adamczyk

List 8

Szprotawa – apostolstwo w areszcie

MAGNIFICAT!

Carissime Pater!

W sobotę bm. minęło 33 dni od rozpoczęcia obecnej wędrówki w pokutnym worku, a równocze­śnie był to dzień zjawienia się Matki Najświętszej we Fatimie. Dla mnie był to istotnie dzień wyjąt­kowy! Otóż z Bolesławca udałem się w kierunku Szprotawy. Po drodze przystanąłem z greko-katolikami, którzy w tym dniu obchodzili święto Piotra i Pawła. Nie znalazłem tak wielkiej wiary i pilności w słuchaniu słowa Bożego nawet u katolików rzymskich. Zrobiłem im na poczekaniu kilka różańców, dzieciom rozdałem medaliki i dalej w drogę Trudno mi było przyspieszyć kroku z powodu odparzelin pod stopami; piątek musiał się czymś odróżnić od innych dni w tygodniu. Na szczęście pewien szofer podwiózł kilka kilometrów i oświadczył, że z ich firmy leci wóz do Zielonej Góry; mógłbym skorzystać z okazji. Rzeczywiście dopędzili mnie w lesie, lecz tylko częściowo wykorzystałem okazję. Uparłem się przy Szprotawie, więc wysadzili w odpowiednim miejscu, a sami pojechali dalej. W tym mieście miałem wiele przykrości z pierwszej podróży po Polsce; słusznie mogłem uważać, że teraz dadzą mi spokój. Przeliczyłem się. Ktoś później mi wyjaśnił, że w tym mieście i w okolicy jest dużo poligonów rosyjskich żołnierzy i oni wywierają na­cisk na władze lokalne, aby podejrzane osoby zamykać w areszcie aż do wyjaśnienia sprawy. Na plebanii, gdzie za pierwszym razem też się zatrzymałem, chciano i tym razem zatrzymać mnie kilka dni, bym wykurował nogi i nieco wypoczął. Sądziłem jednak, że większa będzie korzyść duchowa, gdy niedzielę spędzę w wojewódzkim mie­ście, stąd pożegnałem życzliwych. Co tylko opuściłem miasto, słyszę warkot motoru, a za nim tak­sówki: grzyby[1]... tym razem trujące. Pierwszy raz czterdziestoośmiogodzinny areszt w celu wyjaśnienia sprawy. Telefonicznie zasięgali opinii na komendzie w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie byłem zameldowany. Do celi wię­ziennej nie pozwolili wziąć nawet Różańca, tłuma­cząc, że mógłbym się na nim powiesić. W drodze wyjątku pozwolono mi zabrać ze sobą podręczny egzemplarz Nowego Testamentu, który podczas pielgrzymki noszę przy sobie. Gdy drzwi więzienne się zatrzasnęły, uklęk­nąłem na betonowej posadzce i otworzyłem na chybiłtrafił Ewangelię. Na­trafiłem na te słowa: „A przeto się nie bójcie; drożsi wy jesteście, niż wiele wróbli” (Łk 12,7). Ucieszyłem się, że włos z głowy mi nie spadnie bez woli Bożej. O czym to wszystko świadczy? – Piekło się wścieka, bo też ma o co! Zamiast spędzić niedzielę w Zielonej Górze, spędziłem dzień święty za kratką – Deo gratias! Miałem czas na modlitwę, do wypoczynku i do apo­stolstwa. Siedzieliśmy we trójkę, a jeden z nich – to gruba ryba. Długo w noc uświadamiałem marnotrawnego brata i właśnie w tę niedzielę łaska Boża zaczęła działać w tej zaniedbanej duszy. Gdybym był kapłanem, był dysponowany, aby go rozgrzeszyć. Prawdopodobnie pójdzie do Spowiedzi; wspomóżcie go modlitwą. Sam wyznał, że moralnie jest zupełnie wykolejony. Uważam, że Niepo­kalana dla niego zatrzymała mnie w areszcie. Po południu w niedzielę został wypuszczony na wol­ność, a na jego miejsce sprowadzono młodego mężczyznę, który poszedł łowić ryby i sam został chwycony. Na ręce miał wytatuowaną nimfę z rybim ogonem; miałem okazję do zażartowania: „Ta ryba panu jakoś nie przynosi szczęścia”. W gruncie rzeczy był to szlachetny mężczyzna.

Jak wyżej nadmieniłem, że przed wejściem do celi więziennej musiałem w depozycie zostawić nie tylko strój pokutny, ale duży różaniec, nanizany na mocnej nitce, czego mi najbardziej brakowało na czas odosobnienia. Dlatego po otrzymaniu pierwszej porcji czarnego chleba, z pomocą własnej śliny zrobiłem 59 gałeczek, wyciągnąłem mocną nitkę z siennika i zrobiłem na poczekaniu więzienny różaniec, zakończony małym krzyżykiem, również uformowanym z chleba. A jednak się na nim do­brze modliło, ile łask spłynęło do duszy – Niepokalana wie o tym najlepiej.

Po upływie 48 godzin zgodnie z ustawą prawa karnego, więźnia należy wypuścić na wolność, o ile nie udowodniono przestępstwa, albo postawić przed prokuraturą, o ile na to zasługuje. Jeśli chodzi o moją osobę, stawiano często trzy poważne zarzuty, a raczej przypuszczenia: szpiegostwo zakamuflowane workiem pokutnym z racji wyższego wykształcenia – zarzut bardzo poważny i niebezpieczny. Stąd szczegółowe badania przez coraz to innych funkcjonariuszy i dokładne informacje telefoniczne z Komendą na miejscu stałego zameldo­wania. Ponieważ telekomunikacja w tych czasach, jak Ojcu wiadomo, stoi na niskim poziomie, dlatego nieraz mimo woli słyszałem przekrzykiwanie z obydwu stron pod moim adresem. Najprawdopodobniej doszli do wniosku, że jest to delikwent nieszkodliwy dla ustroju „przyjaciół ze Wschodu” na tle wybujałej dewocji (mieszka pod lasem u pustelnika, oprowadza po Dróżkach pielgrzymów itp.). W czasie przesłuchań stawiają konkretne pytanie: „Z czego obywatel w drodze się utrzymuje, skoro nie posługuje się pieniędzmi? Albo kradnie, albo żebrze. I jedno i drugie jest niedozwolone w Polsce Ludowej”. – Utrzymuję się z pracy rąk – odpowia­dam na stawiane mi zarzuty. Starszy brat pustelnik, u którego od trzech lat jestem zameldowany, nauczył mnie wyrabiać i reperować różańce, więc w czasie po­dróży mam przy sobie odpowiednie przybory i raz po raz służę innym swoją umiejętno­ścią, a w za­mian, zamiast pieniędzy, otrzymuję żywność. Co się zaś tyczy kradzieży, to niech mnie usprawiedli­wią słowa wypisane na worku: „Czyńcie pokutę!”, to między innymi znaczy: zachowujcie Dekalog, gdzie jest też powiedziane: „Nie kradnij!”.

W poniedziałek przed południem wezwano mnie na salę obrad i wskazano nowy garnitur, ku­piony w sklepie odzieżowym za 560 zł: „Proszę włożyć na siebie nowe ubranie, a siermięgę z na­pi­sem pokutnym odeślemy pocztą na adres wypisany w Dowodzie Osobistym”. Nie pomogły ni prośby, ni groźby, że odwołam się do ministerstwa w War­szawie. Trzeba było rozkaz wypełnić. Zdą­żyłem zatrzymać na sobie długi wełniany sweter, który otrzymałem w prezencie od braci w Niepo­kalanowie i zgrzebne spodnie; na wierzch ubrałem nowy garnitur. Pozwolili zabrać ze sobą torbę z ró­żańcami, łącznie z długim różańcem, który noszę na szyi. Wór pokutny zapakowali w mojej obecno­ści i odwo­żąc mnie na stację kolejową – mają wysłać. Przypomniała mi się scena z obnażonym Jó­zefem, któ­rego bracia sprzedali madianickim kupcom, jadącym do Egiptu. By przypadkiem Czcigodny Ojciec nie rozpaczał jak patriarcha Jakub na widok ode­słanej szaty, a raczej nad „pożartym przez dzikiego zwierza” umiłowanym synem, piszę niniejszy list. Wszystkim kieruje Opatrzność. Od­wieźli na stację milicyjnym wozem. Po drodze je­den z towarzyszą­cych mi „opiekunów” chce wręczyć 100 zł na po­dróż. Sta­nowczo odmówiłem: „Dziękuję, ale pienię­dzy nie przyjmę”. Stanęło na tym, że zatrzymali się przed sklepem spożywczym i kupili dużą torbę żywności, abym nie cierpiał głodu podczas jazdy pociągiem. Na peronie tuż przed wejściem do po­ciągu wręczyli mi bezpłatny bilet. Gdy pociąg ru­szył, zasalutowali i wrócili, aby zdać raport z wyko­nanego rozkazu. Pomyślałem sobie, jak wielką po­wagą cieszy się święte Ubó­stwo, że nie tylko za­pewnili utrzymanie przez 48 godzin we więzieniu, ale ubrali w nowy garnitur, zakupili smacznego ja­dła na drogę, dali do ręki bezpłatny bilet i jeszcze z honorami żegnali ubo­giego, bo cnota dobrowolnego ubóstwa, jaką się praktykuje w życiu ze względu na Królestwo Nie­bieskie, ma w sobie coś królew­skiego. Mogę bez przesady powiedzieć, że nie czułem się więź­niem czekającym na uwolnienie, ale dzieckiem królew­skim, któremu świadomie czy nie­świadomie wszy­scy usługują. Dziwne Boże para­doksy: „Nihil ha­bentes, omnia posidentes” – niby nic nie mają, a wszystko posia­dają. Ubogiemu z miłości do Chry­stusa wszystko służy ku dobremu. Świat chcąc ubogiego ukarać, musi dużo do niego dopłacać, a na końcu i tak po­stawi na swoim. Za­miast jechać do Kalwarii, wy­siadłem na najbliższym przystanku, wróciłem do kościoła – jako elegancki pan! – a potem na ple­banię. Ależ było radości i śmiechu, kiedy w deta­lach opowiedziałem całą dwudniową przygodę. Ponieważ mąż pani gospo­dyni na ple­banii jest krawcem, chętnie spełnił moją prośbę: „Zostawiam panu nowy garnitur, a pan uszyje mi worek po­dobny, jak miałem przed dwoma dniami na sobie”. W tej chwili kończy królewską szatę ubóstwa; mam gotowy tusz, gdy skończę pi­sać ten zabawny, ale prawdziwy list, będę pisał du­żymi li­terami na zgrzebnym worku: POKUTĘ CZYŃCIE! Znalazł się człowiek, który podrzuci kil­kadziesiąt kilometrów naprzód w kierunku Zielonej Góry, a dalej popro­wadzi Niepokalana!

Jak z tego wynika, nie powinienem się upierać przy własnym zdaniu odnośnie opatrznościowych pojazdów. Gdybym pojechał przed trzema dniami do Zielonej Góry, uniknąłbym wszystkiego. Nie ma złego, żeby na dobre nie wyszło. Widocznie dusza marnotrawnego brata, z którym spędziłem jakiś czas we więzieniu, potrzebowała mojej pomocy. Ostatecznie miałem jak najlepsze chęci: szkoda mi było minąć Szprotawy, Kożuchowa i Nowej Soli; a jednak muszę się wymknąć z paszczęki lwa...

Jutro Matki Bożej Szkaplerznej, więc jestem jak najlepszej myśli. Trudności i przeszkody za­miast mnie zniechęcać – jeszcze bardziej umac­niają w realizacji mego powołania. Cóż mi mogą uczynić, jeśli Niepokalana ze mną?! Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia przez Niepoka­laną! Ostatecznie „gwałtownicy” zdobywają bramy Królestwa Bożego.

Gdy przyjdzie na pustelnię wysłana paczka, proszę mieć ją w pogotowiu, bo może trzeba ją znów gdzieś wysłać. Będę miał na zmianę dwa kostiumy: jeden na sobie, a drugi u Ojca. Jak już wspomniałem, podczas pobytu w areszcie zrobiłem chlebowy różaniec, który Ojcu przesyłam; może go podarować siostrze Gieni. Przy okazji proszę pozdrowić małżonków rodziny Krzystków, którzy są na urlopie. W dalszym ciągu pokornie proszę o mo­dlitwy, bo przeszkody się piętrzą, a przeciwników dużo. Nic dziwnego. Pismo święte mówi: „Bojowa­niem jest życie człowieka”. Jest to zaciekła walka dobra ze złem, ale mamy zapewnione zwycięstwo: „Na koniec – oświadcza Niepokalana w Fatimie – moje niepokalane Serce zwycięży”. Jube, Pater, benediceret!

Szprotawa, 15 lipca 1963 r.

br. Bogumił Marian Adamczyk
 

Drodzy Czytelnicy! W latach 60 i 70 XX w. (w okresie reżimu komunistycznego) br. Bogumił pielgrzymował przez Polskę w worze pokutnym z napisem z przodu i na plecach CZYŃCIE POKUTĘ! Książka brata Bogumiła Mariana Adamczyka „Listy z pokutnej trasy” (s. 224, A5) ukazała się w 2003 r. w Wydawnictwie Diecezji Pelplińskiej „Bernardinum” i jest dostępna w naszej redakcji. Koszt wraz z przesyłką: 22 zł w Polsce, w Kanadzie i USA $20. Więcej pozycji książkowych tego autora możecie znaleźć w naszym sklepiku - patrz Sklep


[1] Autor nazywa tak w swoich listach funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej (przyp. red.).
 

         

powrót do archiwum roku 2005

powrót do strony głównej